Było tak pięknie. Zapowiadało się wręcz znakomicie. Współpraca na dłuższą metę, świetne efekty, ale czy nam się ułożyło? Nie owijam w bawełnę. Sam się przekonaj, czy to była ❤️, czy też 😢.
Lumene Blur – kosmetyczny hit czy raczej kit?
Przejdę od razu do rzeczy i opowiem Wam, co mnie w nim urzekło, a kompletnie rozczarowało. Zacznę od plusów:
+ Jeśli Twoje koleżanki pytają Cię w pracy jakiego używasz podkładu to wiedz, że musi być dobry. Tym zdaniem mogłabym podsumować całe wykończenie na twarzy, ale… nie jest tak pięknie, o czym przekonasz się w dalszej części wpisu,
+ kolor. Idealnie dopasowany do mojej skóry. Naturalny, świeży, nienachalny,
+ nie jest podkładem typu full coverage. Fanki Revlon Colorstay czy też innych mocno kryjących produktów mogą się rozczarować, bo Lumene Blur nie daje nam 100% krycia, co dla mnie również jest plusem. Stawiam na naturalny i delikatny makijaż, a ostatnimi czasy wręcz polubiłam delikatnie prześwitujące niedoskonałości na mojej skórze. Rok 2018 to czas wysublimowanego i dziewczęcego makijażu, który nie będzie ucieleśnieniem “maski” na twarzy. Liczy się detal, a tym detalem jest nasza naturalność. Każdy centymetr naszej skóry kryje w sobie piękno szczegółu.
+ brak parabenów, formaldehydu oraz zapachu. W składzie m.in olej z nasion arktycznej maliny moroszki.
Często jest tak, że producenci kosmetyków zachęcają nas, konsumentów, do wypróbowania nowości kosmetycznych z dodatkiem cudownego składnika, o którym do tej pory nie słyszeliśmy.
Malina moroszka? Przyznaj, że słyszysz o niej pierwszy raz, bo ja tak. Czy faktycznie ma takie cudowne właściwości?
W Polsce jest pod ochroną, zresztą rośnie w zaledwie kilku miejscach. Przede wszystkim ceniona jest ze względu na dużą zawartość witaminy C (antyoksydanty). Odmładza, regeneruje i wykazuje silne właściwości ochronne. Ta ostatnia cecha wynika z tego, że roślina bez problemu bytuje w temperaturach -40 stopni. Nazwy zamienne to: malina nordycka lub też carska jagoda.
Ciesze się, że coraz częściej producenci kosmetyków łączą makijaż z właściwościami pielęgnacyjnymi.
+ lekkość na skórze
+ SPF 15
Minusy, dla których niestety nie powrócę już do tego podkładu
– Z bólem serca, ale muszę to napisać: podkład niestety (bardzo bardzo niestety) waży się na skórze. Już byłam prawie pewna, że to ten jedyny, najlepszy, niepowtarzalny... Do tej pory winowajcy szukałam w kremie: może zbyt ciężki, może nie pasują do siebie, może nie współpracują na mojej skórze itp. Niestety, to nie wina kremu, bo podkład przetestowałam na dwóch innych mazidłach i nie zmieniło się nic. Po trzech godzinach widać go w każdym zakamarku skóry, a każda zmarszczka/zagłębienie nosi w sobie “ślady” kosmetyku. Chyba nie muszę mówić jak nieestetycznie wygląda to na skórze.
– Błyszczenie (nie) pod kontrolą. Cóż, moja skóra lubi się świecić, a zazwyczaj następuje to po 3-4 godzinach od nałożenia podkładu. Pod tym względem podkład nie będzie Twoim sprzymierzeńcem, a jego właściwości matujące są wręcz znikome. Na próżno szukać tutaj idealnego matu i jednolitej struktury. Bez przypudrowania transparentnym pudrem jesteś jak bombka z choinki.
– bardzo szybko się ściera. Jeśli mam być szczera to jego trwałość jest po prostu na bakier, po ok 5 godzinach w pracy odnoszę wrażenie, że mój podkład po prostu… wyparował. Ot, nie ma i już.
Te trzy minusy, które wymieniłam to dla mnie kryteria o największym priorytecie, którymi sugeruje się przy wyborze dobrego podkładu. No cóż, tym razem nie wyszło, a ja nadal będę szukać idealnego podkładu w płynie. Zmieniam drogeryjne półki na coś lepszego, o czym niedługo przekonacie się w kolejnych wpisach ❣️
Który podkład totalnie nie sprawdził się na Waszej skórze?
Leave a Reply