Make me bio Featherlight. Czy to miłość czy (NIE)kochanie?

Jeszcze niedawno chwaliłam Wam się na instagramie [klik] moim pierwszym nabytkiem marki Make me bio – mowa o kremie do twarzy dla skóry tłustej i mieszanej Featherlight. Jeszcze wtedy byłam pełna nadziei i podekscytowania co dobrego przyniesie. Dlaczego krem chwalony przez większość osób u mnie totalnie się nie sprawdził? O tym dziś na blogu.

 

Zacznę może od minusów, które niestety u mnie całkowicie zdyskwalifikowały tego zawodnika. Właściwości, o których zaraz Wam opowiem mają dla mnie kluczowe znaczenie jeśli chodzi o działanie produktu. Krem musi być idealnie dopasowany do potrzeb naszej skóry i koniec kropka. Nakładamy go na naszą twarz codziennie, dlatego też dla mnie to najbardziej odpowiedzialny strażnik w pielęgnacji naszej cery.

Po pierwsze: wchłanianie. Praktycznie każda z nas wybierając krem do twarzy kieruje się szybkością wchłaniania produktu w skórę – nie wyobrażam sobie czekać o poranku pół godz aż krem się wchłonie. Jest to naprawdę bardzo ważny czynnik, ponieważ decyduje też o tym, jak później prezentować się będzie na naszej skórze makijaż. Jeśli chodzi o Featherlight – tutaj zawiodłam się na całej linii. U mnie krem jakby w ogóle się nie wchłaniał, a pozostawiał lepką warstwę na skórze. Wyglądało to bardzo nieestetycznie, bo nakładając mineralny podkład na twarzy pojawiały się smugi dobrze nieroztartego podkładu, który nie dało się równomiernie rozprowadzić. Zdecydowanie krem nie współgra z moim podkładem, mam wrażenie, że noszę na swojej twarzy maskę, co nie jest komfortowe.

 

 

 

Po drugie: konsystencja: na pierwszy rzut oka krem nie wydaje się być tłusty, ale rozprowadzony na skórze jest lepki i powiedziałabym lekko oblepiający skórę. Tak jak pisałam wcześniej po nałożeniu kremu czuję jakby moją skórę pokrywała maska, która nie wchłania się, nie wysycha i słabo nawilża. Krem nie potęguje błyszczenia na skórze, ale w moim przypadku zapychał. W trakcie jego używania na mojej skórze przybyło zaskórników, co tym bardziej mnie do niego zraziło.
Po trzecie: opakowanie: na pierwszy rzut oka jest śliczne, bo dostajemy malutki słoiczek o ciemnym szkle, który ładnie prezentuje się na półce, ale w zasadzie nie jest praktyczny. Pompka lub pipeta – to by był strzał w dziesiątkę! Taka mała rzecz znacznie ułatwiłaby nakładanie kremu. Choćbyście nie wiem jak myły ręce to i tak przy wkładaniu palucha do słoiczka pozostaną tam bakterie, a przy kremie z pompką jest to fizycznie niemożliwe. Ponadto, używając kremu z dozownikiem po kilku użyciach używa się go na wyczucie, tzn. wiesz jak nacisnąć żeby otrzymać odpowiednią ilość.  Niestety mnie się dosyć często zdarzało nabierać zbyt dużą ilość kremu, co znacznie wpływało na wydajność i użytkowość produktu. Wniosek? Zdecydowanie polecam kosmetyki z pompką.

 

 

Cera mieszana jest bardzo wymagająca. Strefa T potrzebuje czegoś normalizującego, lekkiego, z kolei inne partie twarzy wołają o dawkę nawilżenia. Bardzo ciężko jest znaleźć w takiej sytuacji złoty środek, co ja np. odnalazłam w kremie brzozowym z Sylveco, o którym tutaj pisałam na blogu:
Krem make me bio spisał się w tym wypadku dosyć przeciętnie, bo strefa T otrzymuje lepką warstwę kremu, natomiast suche partie twarzy otrzymują zbyt małą dawkę nawilżenia.

 

Wielki plus za skład: kosmetyk bez parabenów, siarczanów, sztucznych zapachów i konserwantów (choć tak naprawde konserwanty mamy).

 

Skład: Citrus Aurantium Dulcis (Orange Blossom) Flower Water (hydrolat z kwiatu pomarańczy), Corylus Americana (Hazelnut) Seed Oil (olej z orzechów laskowych), Prunus Armeniaca (Apricot) Kernel Oil (olejek z pestek moreli), Simmondsia Chinensis (Jojoba) Oil (olej jojoba), Cetearyl Glucoside (bardzo łagodny emulgator), Glycerin (gliceryna), Tocopherol (Vitamina E), Xanthan Gum (zagętsnik), Benzyl Alcohol (konserwant), Potassium Sorbate (konserwant), Dehydroacetic Acid (konserwant), Citrus Grandis (Grapefruit) Oil (olejek z grefpfruta), Limonene (limonen)*. 
*Naturalnie występujące olejki eteryczne.



Konserwanty które znajdziemy w kosmetyku są dopuszczone i zatwierdzone przez Ecocert, które jako organizacja certyfikuje kosmetyki ekologiczne.

 





Czy poleciłabym ten krem osobom z cerą mieszaną?

Tak, bo przeglądając inne opinie w Internecie wiele osób chwali sobie ten krem. Wiadomo, że każdy ma inną skórę, inne potrzeby i każdy może mieć inne zdanie na ten temat. Oczywiście nie skreślam marki Make me bio i wierzę, że robią dobre kosmetyki, dlatego też w przyszłości planuję wypróbować krem orange energy. Jak na razie kontynuuje moją przygodę z kremem brzozowym od Sylveco.

Dziewczyny, znacie ten krem do twarzy? Może próbowałyście krem make me bio orange energy? Pochwalcie się jakie kremy do twarzy stosujecie :). 

0

You might also like

  • Chciałam ten krem wypróbować już dawno, jednak cały czas jest ze mną Sylveco brzozowy z betuliną 🙂

  • Una

    Bardzo nie nim zaciekawiłaś.